Mały Modelarz KRONSZTAD - budowa głównego stanowiska dowodzenia

 

Między Kartonem a Ciszą (i Klejem na Palcach)
czyli przemyślenia z pokładu budowy ścigacza KRONSZTAD

Są takie chwile, kiedy siedzisz przy biurku, nożyk w jednej ręce, pęseta w drugiej, a głowa dryfuje gdzieś daleko, może nad linią horyzontu, może nad listą rzeczy, które jeszcze trzeba wyciąć, zanim zaczniesz oklejać pokład. I wtedy sobie myślisz – kto właściwie wpadł na pomysł, żeby z płaskiego kartonu budować coś, co przypomina okręt wojenny?

No ale... jesteśmy modelarzami. To nasza codzienność.

Kadłub – serce okrętu (i źródło pierwszych przekleństw)

Budowę rozpocząłem – jak każdy szanujący się modelarz – od szkieletu kadłuba. Wręga po wrędze, klej na palcach, potem na blacie, potem nie wiedzieć czemu na koszulce. Ale kiedy po godzinach pracy wyłania się kształt kadłuba – pojawia się coś w rodzaju dumy. I chociaż linijka pokazała, że z jednej strony lekko „ściągnęło”, to przecież „na wodzie i tak nikt nie zobaczy”.

Poszycie to już inna bajka. Każdy pasek kartonu to osobna walka o spasowanie. Suszenie, dociskanie, lekkie poprawki – i nadzieja, że nie trzeba będzie wszystkiego zdzierać i zaczynać od nowa.

Rzutnie bomb głębinowych – czyli „mikro” zaczyna być „makroproblemem”

Po kadłubie przyszedł czas na detale. W ruch poszły nożyczki precyzyjne i zestaw „nerwów stalowych”. Rzutnie bomb głębinowych – te maleńkie elementy, które jakimś cudem mają wyglądać bojowo, a nie jak składane pudełko po zapałkach. Ale udało się – z pomocą dobrego światła, drugiej pęsety i herbaty z melisą.

Kratka z drucików plastikowych? Czysta przyjemność… pod warunkiem, że ma się trzy ręce albo pomocnika z precyzją chirurga. Efekt końcowy – wart każdej minuty i każdego cichego „no niech to...”.

Pokład dowodzenia – centrum sterowania modelarskim światem

Aktualnie jestem w trakcie budowy pokładu łownego dowodzenia. Wycinam elementy z chirurgiczną precyzją (no, prawie), przymierzam, przeklinam, poprawiam, przyklejam. Potem przychodzi czas na oklejanie – czyli moment, w którym okazuje się, że „miałem tylko na chwilę przyłożyć”, a karton już się skleił jakby na wieczność.

Ale coś w tym jest. Z każdym kolejnym elementem, z każdą pokrytą powierzchnią, model zaczyna żyć. I nie chodzi tylko o fizyczny kształt. Każdy detal to przecież odrobina naszej uwagi, czasu i cierpliwości.

I na koniec…

Modelarstwo kartonowe to nie tylko pasja. To styl życia – powolny, dokładny, pełen małych zwycięstw i lekcji pokory. To miejsce, gdzie człowiek znajduje spokój… i czasem zgubioną część, którą potem odnajduje przyklejoną do rękawa.

Kolejny etap budowy przed nami. Już wkrótce kolejne relacje, a póki co – idę zmyć klej z łokcia.










Komentarze